(A)logika rasizmu
Data dodania: śr., 07/28/2010 - 12:25Dla przejrzystości podaje bardzo ogólny, acz obrazowy przegląd grup, których członkowie z racji "inności" (różnorako definiowanej) uznani zostali za gorszych (równie różnorako definiując gorszość):
- Czarnoskórych mieszkańców Afryki, którzy zginęli w czasach kolonizacji, liczyć należy w milionach. Ciężko w ogóle ocenić skalę tej zbrodni. "Prymitywne czarnuchy" służyły jako siła robocza i nikt się nie przejmował, ilu z nich nie wróciło z pracy na polu bawełny. Zawsze można było kupić nowego. W wielu przypadkach zwierzęta były traktowane lepiej niż czarni niewolnicy.
- Żydzi, czyli motyw antysemityzmu, który na jaskrawości zyskał szczególnie w okresie II wojny światowej. Szacuje się, że w tym czasie zginęło 80–90% Żydów zamieszkujących przed wojną Europę Środkową. Wszystko dlatego, że jeden naród uznał, że Żydzi - podobnie jak m.in. Cyganie, należą do rasy "podludzi", których eksterminację należy przeprowadzić możliwie najsprawniej przy najbliższej nadarzającej się okazji. W ramach hitleryzmu w kategorii "podludzi" mieścili się jednak także przedstawiciele rasy aryjskiej, mający jednakże "defekt" w postaci choroby psychicznej, niepełnosprawności bądź podeszłego wieku (likwidowani głównie przy pomocy zastrzyku z fenolu).
- Aborygeni - rdzenni Australijczycy, którzy kontynent ten zamieszkiwali od dziesiątek tysięcy lat. Było ich prawie 780 tysięcy, a w wyniku kolonizacji Australii przez białego człowieka w latach trzydziestych ubiegłego wieku oszacowano ich liczbę na zaledwie 67 tysięcy. Poddawani byli przymusowej asymilacji, która polegała w największej mierze na odbieraniu dzieci rodzicom, gwałceniu kobiet i jawnych mordach w razie jakiegokolwiek sprzeciwu. Dopiero w połowie lat 60’ XX wieku Aborygeni uznani zostali w ogóle za istoty ludzkie, posiadające własną wolę i tzw. wyższą świadomość.
- Indianie, których biały człowiek praktycznie wyciął w pień. Dlaczego? Jednocześnie z kilku powodów typu - bo to poganie, bo dzicy, bo niebezpieczni, oraz z jednego dodatkowego - bo na ich ziemiach było złoto, do którego "blada twarz" czuł się szczególnie przywiązany. Nazywając ich głupimi dzikusami najpierw zawierał on z nimi różne umowy, których postanowienia później łamał, okradał ich z ziemi, mordował, umieszczał w rezerwatach, jednocześnie przebąkując o "ostatecznym rozwiązaniu" ich kwestii. (Tak, "ostateczne rozwiązania" to wcale nie autorski pomysł Hitlera.)
Jak wyglądały działania cywilizowanego białego człowieka, jeśli chcieć wdawać się w "szczegóły"? Na przykład tak:
Siódmy pułk kawalerii prowadzony przez generała Custera 25 czerwca 1876 roku wpadł jak oszalały między wigwamy w okolicach Little Big Horn i zaczął prawdziwą masakrę. Wyrzynali bez opamiętania kobiety i dzieci i nie spostrzegli, kiedy cała dolina została otoczona przez dwa tysiące indiańskich wojowników, którzy teraz odcięli im drogę ucieczki. Indianie walczyli z nożami w rękach przeciwko strzelbom armii Custera, lecz ogarnął ich taki szał, że już po godzinie bitwy czerwonoskórzy dobijali ostatnich uciekających białych, w tym generała Custera. Była to największa klęska białych ludzi w historii konfliktu rządu Stanów Zjednoczonych z rdzennymi mieszkańcami tych ziem (…) Amerykę sparaliżował strach. Czarne nagłówki gazet niosły informację po kraju: "Wielka bitwa z Indianami! Potworna rzeź! Wojsko Custera unicestwione!"
("Potworna rzeź." Oprawcą okazali się oczywiście ci, którzy nie wynaleźli jeszcze wówczas druku - dzikusy. Ponieważ nie dysponowali gazetami, nie było żadnej opozycyjnej wersji. Czerwony człowiek został więc uznany za zbrodniarza, który z całą pewnością zasługuje na eksterminację.)
Oczywiście jest to omówienie jedynie kilku grup i problemów rasowych, bowiem historia świata w każdym jego niemal zakątku obfituje w wojny także "wewnątrz-rasowe", etniczne, plemienne. Ich zasada jest, ogólnie rzecz biorąc, taka: grupa "A" uznaje, że jest "wyższa" wobec grupy "B" - patrz np. konflikt etniczny między Tutsi a Hutu w Rwandzie, w którym zginęło blisko 800 tysięcy ludzi. W dużym skrócie i uproszczeniu, jednakże nie tracąc na trafności, sprawa rozbija się o to, że pewnego dnia jeden lud postanawia wyrżnąć maczetami przedstawicieli drugiego ludu z racji takiej a nie innej szerokości nosa… ("Smaczku" dodaje fakt, że masakrze przygląda się "cywilizowany" ONZ i …nie robi nic.)
Pytanie, które nurtuje mnie od lat - co sprawia, że jedna grupa ludzi uznaje się za "wyższą" od drugiej?
Jakie są wyznaczniki tej "wyższości"?
Kto zatwierdza taki osąd? (Żadna ze stron z powodu oczywistej stronniczości nie mogłaby tego zrobić.)
Gdzie jest logika po owej rezygnacji z obiektywizmu?
Kto daje prawo do takich decyzji wartościujących?
Skąd w ogóle wziął się pomysł "wyższości" jako pojęcia? (Czy przeoczyłam jakąś oczywistą hierarchię, naturalny porządek, jasne wyliczenia?)
W kwestii "wyznaczników wyższości" - proszę mi je wytłumaczyć na przykładzie Indian z Ameryki Południowej.
Wojciech Cejrowski, słynny podróżnik, co rusz zapewnia, że dla białego człowieka zapuszczającego się w dżunglę jedyną skuteczną metodą na przeżycie i zapewnienie bezpieczeństwa jest posiadanie indiańskich przewodników. Biały sam w dżungli ma bardzo nikłe szanse. Na nic nie przyda mu się komórka, laptop, wolność słowa i giełda.
Powstaje więc pytanie - czy skupiamy się tu na "wyższości" Indian względem białych jako jednostek zdolnych do przeżycia w danych warunkach, czy też podkreślamy słowo "posiadanie", traktując Indian jako pewnego rodzaju służbę, o cennych kwalifikacjach, ale jednak służbę, podwładnych - "niższych"? Zamiast kupować niewolników, kupujemy żywe GPS-y?
Kogo stawiamy wyżej - prymitywnego Indianina wciąż żyjącego według zasad sprzed setek lat, czy przedstawiciela kraju wysoko rozwiniętego, dysponującego wszystkimi cudami cywilizacji? Czy kwestia "kto przeżyje" jest tu znacząca, kluczowa czy wręcz przeciwnie? Wyższością białego człowieka będzie fakt, iż, w razie czego, umrze, dajmy na to, jako chrześcijanin - "cywilizowanie"?
Czy może warto wreszcie przyznać, że tak naprawdę pytanie o "wyższość" jest w gruncie rzeczy całkowicie bezsensowne? I że wszystko sprowadza się po prostu do pewnej optyki widzenia i teorii względności?
Najlepszym przykładem będzie tu głośna ostatnio sprawa Brandona Huntleya - Afrykanera, białego mieszkańca Afryki, któremu Kanada w związku z prześladowaniami przyznała status uchodźcy. Zeznał on, że w swoim życiu siedmiokrotnie był ofiarą prześladowań na tle rasowym, wyzywany od "białych psów" został trzy razy pchnięty nożem.
"Życie Warszawy" donosiło: Sprawa Huntleya może przełamać tabu, jakim jest trudna sytuacja białych mieszkańców RPA pod rządami czarnych. Afrykanerzy skarżą się bowiem, że od 1994 roku, gdy upadł apartheid, czują się coraz mniej bezpieczni we własnym kraju. Według badań Instytutu Relacji Rasowych RPA, aż 87 proc. Afrykanerów uważa, że wymierzony w nich rasizm jest "poważnym problemem". W efekcie ataków blisko milion osób spośród liczącej 4 miliony społeczności opuściło ojczyznę.
Frustrację Afrykanerów, potomków Burów, którzy osiedlali się w Afryce w XVII i XVIII wieku, pogłębia coraz trudniejsza sytuacja ekonomiczna tej społeczności. W wyniku akcji afirmatywnej wielu z nich straciło pracę (lub nie może jej dostać) i żyje w biedzie. W wielu miejscach kraju, na przykład pod Pretorią, powstały dzielnice nędzy zamieszkane przez białych.
(To dość duża odmiana, biorąc pod uwagę fakt, że hasło "bieda Afryki" przywołuje obraz czarnego dziecka z muchami chodzącymi po jego twarzy i nabrzmiałym z głodu brzuszkiem.)
Przykład ten pokazuje jednak dobitnie, że "wyższość" raz przyznana nie jest dożywotnia. Przed rokiem 1994 byłeś białym panem - teraz masz status białego bezdomnego psa. Tym samym czarny nigdy nie będzie grał tej samej roli ofiary we wszystkich kontekstach. Brutalnego ataku na innego człowieka, moim zdaniem, nie usprawiedliwia trauma wyniesiona z czasów niewolnictwa i dyskryminacji.
Przykład ten pokazuje także, że „wyższość”/”niższość”, która wydawałoby się, że jest cechą permanentną, tak naprawdę okazuje się kwestią bardzo elastyczną. Wszystko zależy od układu sił i od wspomnianej już optyki widzenia.
Oczywiście można kontynuować wątek i wciągnąć do dyskusji całą masę przykładów opartych na definicji tzw. "wyższości moralnej", bazując na prawach człowieka:
Jak mamy nie reagować na fakt, że w kulturze cygańskiej za mąż wychodzą 12-latki?
Jak pozwalać na krwawe rytuały Indian?
Jak pozwalać Aborygenom na życie poza prawem?
W każdym przypadku interwencja wiąże się z pogwałceniem kultury i tradycji danej społeczności. I w każdym jest czynnik, który świadczy o tym, że podejmując ową interwencję uważamy się za istoty "wyższe" moralnie, cywilizacyjnie. W samym słowie "pozwalać" jest znaczenie, które sugeruje, że ktoś zgody, pozwolenia potrzebuje i że ktoś do jego wydania jest uprawniony.
Problem polega na tym, że nie widzę ani jednego momentu w historii, w którym, w tego rodzaju konfliktach, wychodzenie z pozycji "wyższego" rzeczywiście i długofalowo przyniosło coś dobrego. (Zmieniało jedynie układ sił…)
Czym jest owa cywilizacja, że dawała/daje ludziom przywilej zabijania i prześladowania?
Indianie olbrzymim szacunkiem darzą osoby starsze, podczas gdy cywilizowani Europejczycy wolą oddać sprawiającą kłopoty niedołężną babcię do domu starców. Z pozycji Indian takie zachowanie jest haniebne.
Matka Ziemia, Ojciec Niebo, Babka Księżyc, Dziadek Słońce… Postrzeganie świata przez Indian jest pełne ciepła i prostoty. Silnie związani z naturą otaczają Ziemię czcią, szacunkiem i czułością. Kochające dziecko nie znęca się nad swoją rodzicielką, nie truje, nie wykorzystuje. - pisał Winfried Noe, autor książki "Horoskop Indian. Astrologia i mądrość czterech wiatrów". W pewnym sensie Indianie byli ekologami na długo zanim biały człowiek wynalazł nazwę na tę postawę.
Cyganie, żyjąc we wspólnotach, są wyznawcami bardzo silnych więzów rodzinnych, w których nikt nigdy nie zostaje sam. Mieszkający w swych koczowniczych wagonach z niesmakiem patrzą na ogólnoeuropejski model współczesnej rodziny, gdzie zapracowani rodzice spotykają się w domu z dziećmi około godz. 20.00 i wciąż niekoniecznie mają czas na rozmowę z nimi.
Wśród Aborygenów panuje dziś bezrobocie (a co za tym idzie bieda i alkoholizm) m.in. dlatego, że tradycja tego ludu jest silniejsza niż jakiekolwiek inne zwierzchnictwo. Jeśli umiera ktoś z rodziny, Aborygen jedzie choćby na drugi koniec świata, by uczestniczyć w uroczystościach pożegnalnych. Nie zatrzyma go żaden pracodawca ze swoim kodeksem i groźbami wypowiedzenia posady.
Najczarniejszy z czarnych mieszkaniec Afryki każde zabite, upolowane zwierzę przeprasza, że musiał odebrać mu życie oraz zmawia za jego duszę modlitwę. Z jego punktu widzenia kłusownictwo białych, zabijanie dla rozrywki jest czymś karygodnym i nieludzkim.
To oczywiście duże uogólnienia, staram się jednak oddać tę wałkowaną przeze mnie zasadę różnej optyki, perspektywy widzenia spraw. Nic w tym odkrywczego, więc czemu, mimo to, różne oblicza rasizmu prześladują nas po dzień dzisiejszy?
O co chodzi z tą "wyższością"? Gdzie ta definicja? Gdzie jej jasność i rzeczowość? Jeśli dziś kogokolwiek ośmieliłabym się nazwać "niższym cywilizacyjnie" to człowieka, który nie rozumie zasady różnej optyki. Bez względu na to, czy jest "dzikusem", "czarnuchem" czy "białym psem".
Witold Frenkiel napisał w komentarzu do artykułu o kulturze Aborygenów:
Prawo silniejszego nie od dziś rządzi światem i nie dziś ani jutro przestanie być aktualne.(…) Cywilizacja będzie szła do przodu i wymiatała wszystko na swej drodze co jeszcze znajdzie do wymiecenia. Prawo silniejszego nie zmieni sie przez najbliższe tysiące lat, bo lepszego nie wymyślono. Nasza poprawa moralna na styku kultur (…) będzie polegała na "ochronie", "pomaganiu", czyli bardziej nowoczesnych rezerwatach. Ale ja nie widzę innego wyjścia, cywilizacja nie lubi zbaczać ze swej drogi.
Przyznajmy, że po prostu chodzi o prawo silniejszego. Przyznajmy to wprost i otwarcie. Uznajmy, że rasizm to bzdura, w znaczeniu: człowiek jako istota ludzka w swoich prawach niczym nie różni się od innego człowieka bez względu na jakiekolwiek różnice na jakimkolwiek podłożu.
I jednocześnie - każdy wobec każdego, posługując się swoją własną optyką widzenia, może stwierdzić swą "wyższość".
A jedyną realną, "obiektywną", zauważalną przez OBIE strony wyższością, jaką jedna istota ludzka może się wykazać wobec drugiej to siła…
Przyznajmy, że naszą wysoko rozwiniętą cywilizacją wciąż rządzi jedynie prawo dżungli.
Z racji formy felietonu zaznaczam, że większość pojęć, jak choćby termin "cywilizacja" na potrzeby konwencji tej wypowiedzi jest traktowana poniekąd hasłowo i skrótowo.
Dla poszerzenia wiedzy polecam:
Artykuł z "Życia Warszawy": Biali ofiarami rasizmu i biedy
Wywiad z Finbarrem O'Reilly o nowym projekcie ukazującym ubóstwo białych w Afryce: Finbarr O'Reilly o fotografii
Galerię zdjęć: Poverty within white South Africa
Artykuł National Geographic: Szlakiem krwawej historii Indian
Artykuł z onet.pl: Aborygena zatrudnię, bezwarunkowo
Wypróbuj e-tygodniki - 2 PLN taniej, nie zajmują miejsca, nie niszczą się !
Twój komentarz:
Opinie
Dlaczego News Telegraf ?
+ przegląd markowych źródeł (Gazeta Prawna, Rzeczpospolita, Wyborcza...)
+ wybór najważniejszych i najciekawszych tematów
+ dziennik niezależny politycznie
+ weryfikacja informacji
+ monitorowanie błędów i stronniczości
+ tylko przyjazne reklamy (nieutrudniające czytania)
Radziszewska nierzetelnie traktowana
Data dodania: wt., 10/05/2010 - 02:38Kijem w gniazdo pszczół
Data dodania: wt., 09/14/2010 - 19:28Walka o pamięć z pamięcią
Data dodania: pon., 08/30/2010 - 14:12Reklama:


');