Grzech wyborczy
Data dodania: śr., 07/14/2010 - 15:25Skojarzone terminy:
Znany katolicki publicysta Tomasz Terlikowski napisał kilka dni temu, że "katolikiem jest się także przy urnie wyborczej". Jego tekst miał być odpowiedzią na zarzuty wobec niektórych hierarchów kościelnych o zbytnie zaangażowanie się w kampanię prezydencką.
Zachęcam najpierw do przeczytania tekstu dr Terlikowskiego "Katolikiem jest się także przy urnie wyborczej", do którego chciałem się ustosunkować.
Nie sposób nie zgodzić się ze zdaniem redaktora naczelnego portalu fronda.pl, że "religia powinna wpływać na dokonywane przez nas wybory" - wszak jeśli ktoś jest wierzący, to jego moralność z założenia powinna opierać na zasadach etycznych wytyczanych przez wyznawaną przez niego wiarę. Problem polega jednak na tym, że Terlikowski jedne sprawy bagatelizuje, inne przekoloryzuje i zamiast bronić należnego Kościołowi prawa do chronienia pewnych wartości moralnych, zajmuje się atakiem na jedno konkretne środowisko polityczne.
W swoim tekście zamieszczonym na portalu "Rzeczpospolitej" Terlikowski pomstuje na słowa Sławomira Nowaka, szefa sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego, który powiedział po kampanii wyborczej, że "Kościół popełnił duży błąd przekraczając granice zaangażowania politycznego. Żałuję, że niektórym księżom ambona pomyliła się z trybuną polityczną."
Katolicki publicysta doszukuje się jednak w tych słowach drugiego dna, może jakiejś ukrytej groźby, bo pisze: "Po wygranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich politycy jego ugrupowania zabrali się do urządzania Polski na nowo. I w ramach budowania prawdziwej solidarności i zasypywania podziałów przywołali do porządku Kościół". Jak wynika z sugestii Terlikowskiego, Kościół powinien bać się PO. Nie SLD, które jest partią antyklerykalną, popiera in vitro, szerszy dostęp do aborcji, eutanazję, czy związki partnerskie, ale właśnie Platformy, której kilku polityków narzekało, że Kościół zaangażował się politycznie w kampanię Jarosława Kaczyńskiego.
Pisze Tomasz Terlikowski, że Sławomir Nowak zachowuje się według "moralności Kalego" - im wolno spotykać się z jakimś hierarchą kościelnym (przywołuje tu redaktor spotkanie Komorowskiego z kard. Dziwiszem), a innym nie wolno. Szkoda tylko, że jedno spotkanie nie jest równe wielu kazaniom, publikacjom w katolickiej rozgłośni, czy artykułom w katolickiej prasie. O tej dysproporcji redaktor Terlikowski nie raczy jednak wspomnieć, może z tej racji, że jest mu do własnej tezy niewygodna.
Sławomir Nowak, według autora tekstu, narzeka na „niewielką część proboszczów” popierającą publicznie kandydata PiS. Ciekawe, co znaczy dla publicysty słowo "niewiele" i ilu potrzeba agitatorów, żeby móc powiedzieć "wiele". Zastanawiające, czy część Episkopatu Polski również wchodzi w "niewielką część proboszczów". Co najbardziej jednak w tym zdaniu uderza - przecież częstotliwość popełniania złego czynu nie zmniejsza jego wagi moralnej! Kościół nie uczy, że grzech popełniony raz, czy dwa, grzechem nie jest i o tym na pewno katolicki dziennikarz wie.
Oczywiście w tekście w roli złego bohatera próbującego "ograniczyć fundamentalne prawo Kościoła do głoszenia zasad moralnych" znajduje się "Gazeta Wyborcza". Nieważne, że jest wiele mediów ostro potępiających działanie Kościoła (jak choćby "Krytyka Polityczna"). Nieważne również, że naczelny "GW" Adam Michnik już ponad 30 lat temu w swojej bodaj najważniejszej książce "Kościół, Lewica, Dialog" pisał (będąc zdeklarowanym niewierzącym) o tym, jak bardzo Kościół jest Polsce potrzebny. "Wyborcza" według wielu katolickich publicystów z Kościołem walczy i żadne jej zachowanie tego nie zmieni.
Co najważniejsze, w swoim artykule Tomasz Terlikowski pisze: "To my ponosimy bowiem część odpowiedzialności moralnej za decyzje, jakie podejmą wybrani przez nas kandydaci. Ta odpowiedzialność jest zaś szczególna, gdy kandydat zapowiada – i to w trakcie kampanii – że sprzeciwia się nauczaniu Kościoła, i zamierza stanowić prawo z owym nauczaniem sprzeczne.
Tak właśnie zrobił Bronisław Komorowski, który wielokrotnie powtarzał, że zamierza wprowadzić w życie ustawę dopuszczającą zapłodnienie in vitro. Jego partyjna koleżanka, minister zdrowia Ewa Kopacz, sugerowała zaś, że procedura ta (związana z niszczeniem zarodków) będzie finansowana z naszych podatków.
Inną sprzeczną z nauczaniem Kościoła decyzją (bo nawet nie zapowiedzią) było podpisanie przez marszałka Komorowskiego pełniącego obowiązki prezydenta Polski ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jej przyjęcie oznacza – sprzeczne z katolicyzmem [w jaki sposób? Autor nie podaje – red.], ale przede wszystkim groźne dla władzy rodzicielskiej – przekazywanie uprawnień rodziców urzędnikom państwowym…
W takiej sytuacji powstają poważne wątpliwości moralne, czy można było głosować na kandydata, który jawnie i otwarcie kwestionował fundamentalne prawa naturalne i odrzucał nauczanie Kościoła?"
Wniosek jest prosty - skoro Komorowski nie postępuje według nauczania Kościoła, to należałoby zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego, który, co podkreślają katoliccy publicyści, nie odrzucał wprost metody in vitro, odpowiadając "jestem katolikiem". Tomasz Terlikowski na jesieni zeszłego roku podczas jednego ze spotkań akademickiego stowarzyszenia Soli Deo skrytykował Jarosława Kaczyńskiego i klub parlamentarny PiS, że projekt posła Prawa i Sprawiedliwości Bolesława Piechy, który był przeciw stosowaniu metody in vitro, uznano za indywidualny projekt posła Piechy i gremialnie się od niego odcięto. Czy zatem Jarosław Kaczyński zmienił zdanie? Nic na ten temat nie wiadomo.
Co ciekawe, środowiska lewicowe krytykują Bronisława Komorowskiego, który w powyborczym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział, że podpisze ustawę o refundacji in vitro, ale sam nie ma zamiaru składać jej projektu. Zatem z jednej strony prezydent elekt jest krytykowany za wycofywanie się z decyzji, a z drugiej za to, że niby już ją podjął. Z kolei zasłanianie się religią katolicką przez Jarosława Kaczyńskiego skrytykował ks. Dariusz Kowalczyk w przychylnej Kaczyńskiemu gazecie diecezji warszawsko-praskiej "Idziemy".
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej mówi o "wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary". Prezydent RP jako Głowa Państwa wszystkich Polaków zatem nie może dyskryminować jakiejś zbiorowości społecznej z powodu własnych poglądów. Dalej ustawa zasadnicza mówi o równości w "prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski". Nie trzeba tłumaczyć, na czym polega równość wobec prawa.
O władzy i dobru wspólnym mówi również Katechizm Kościoła Katolickiego w punktach 405-408. Jest tam napisane m.in.: "Każda wspólnota ludzka potrzebuje prawowitej władzy, która zapewnia poszanowanie prawa i porządku i przyczynia się do urzeczywistnienia dobra wspólnego (…) Władza jest sprawowana w sposób prawowity tylko wtedy, gdy troszczy się o dobro wspólne i jeśli do jego osiągnięcia używa środków moralnie dozwolonych. I dlatego władza polityczna, określona przez wolną decyzję obywateli, powinna szanować zasadą „państwa praworządnego”, w którym najwyższą władzę ma prawo, a nie samowola ludzi. Niesprawiedliwe prawa i decyzje sprzeczne z porządkiem moralnym nie obowiązują w sumieniu (…) Dobro wspólne obejmuje: poszanowanie i popieranie podstawowych praw osoby ludzkiej; dobrobytu, czyli wzrostu dóbr duchowych i ziemskich poszczególnych ludzi i społeczności".
Pozostaje pytanie, czy do środków moralnie niedozwolonych, o których mowa w podanym tekście, można zaliczyć metodę in vitro, czy o to w tym punkcie chodzi. Patrząc z innej strony, Kościół jest za równością, również za równością wobec prawa. A prawdziwy katolik (jakkolwiek jest to określenie skompromitowane dla niektórych) przecież i tak zastosuje się do nauki Kościoła.
Tomasz Terlikowski jest w swoim tekście tendencyjny, krytykując tylko jednego z dwóch najważniejszych kandydatów w ostatnich wyborach. Obaj nie pogardzili poparciem Kościoła katolickiego, obaj również deklarują się jako wierzący. Redaktor fronda.pl krytykuje "tę część duchownych i hierarchów, którzy wybrali obronę swojego kandydata za cenę jasnego nauczania Kościoła". Zdaniem Terlikowskiego poparcie Komorowskiego jest równoznaczne uciekaniu od nauki Kościoła.
Poglądy Komorowskiego w sprawie in vitro stoją w sprzeczności z nauką Kościoła, tak mówi część ludzi związanych z Kościołem. Wedle ich słów, bądź sugestii, głosujący na obecnego prezydenta elekta, są odpowiedzialni za to, co w przyszłości będzie robił. Jeśli zatem podpisze ustawę o refundacji in vitro, popierający go katolicy będą za to moralnie odpowiedzialni.
Szkoda, że Tomasz Terlikowski i odwołujący się do podobnych argumentów, nie patrzą na całokształt życia politycznego Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Nie wydaje mi się, aby polityka dzielenia, prowadzenie nieustannego sporu politycznego, insynuacje - czy to obarczanie winą za katastrofę smoleńską niepodparte żadnym dowodem, czy to zarzucanie działalności agenturalnej, zwłaszcza działaczom opozycji, były zgodne z miłością bliźniego i życiem w prawdzie, co głosi Kościół.
Zastanawia również brak reakcji na zarzucanie działalności agenturalnej np. znamy hierarchom, co pozostaje bez udowodnienia winy (co ciekawe, zwłaszcza oskarżani są ci, których poglądy zdają się bardziej "otwarte" niż innych, jak np. abp Józef Życiński - oskarżony o bycie TW "Filozofem"). Można by jeszcze wymieniać zachowania polityczne sprzeczne z nauką Kościoła, jakie prezentuje prezes PiS, ale nie o to tutaj chodzi. Przychodzą jedynie na myśl biblijne słowa o dostrzeganiu drzazgi w cudzym oku, a pomijaniu belki we własnym.
Wybierając polityka na dane stanowisko powinno się kierować przede wszystkim dobrem państwa, a więc wszystkich obywateli - "Salus rei publicae suprema lex est" (dobro rzeczy wspólnej jest naszym najwyższym prawem - łac.). Wyborca powinien patrzeć na zakres kompetencji, jakie oferuje dane stanowisko, i do niego dobierać konkretnego kandydata. Czy sprawa podejścia do in vitro powinna decydować o wyborze najważniejszej osoby w państwie? Myślę, że są ważniejsze kwestie, które należy brać pod uwagę. Tak też uczyniła bardzo duża część ludzi, która, zdaniem m.in. Tomasza Terlikowskiego, nie zachowała się jak katolik przy urnie. Nie zgadzam się. Abp Życiński (krytykowany m.in. przez fronda.pl, co sam widziałem) powiedział: - To jest żenująca wizja katolickiego kraju, w którym straszy się, że kilkanaście milionów Polaków chodzi w stanie grzechu ciężkiego, bo oddali głos nie tak, jak ktoś sobie życzył.
Takie również odnoszę wrażenie - nie dla każdej krytyki tego wyboru bardzo dużej części katolików najważniejszą podstawą była nauka Kościoła.
Nie sposób nie zgodzić się ze zdaniem redaktora naczelnego portalu fronda.pl, że "religia powinna wpływać na dokonywane przez nas wybory" - wszak jeśli ktoś jest wierzący, to jego moralność z założenia powinna opierać na zasadach etycznych wytyczanych przez wyznawaną przez niego wiarę. Problem polega jednak na tym, że Terlikowski jedne sprawy bagatelizuje, inne przekoloryzuje i zamiast bronić należnego Kościołowi prawa do chronienia pewnych wartości moralnych, zajmuje się atakiem na jedno konkretne środowisko polityczne.
W swoim tekście zamieszczonym na portalu "Rzeczpospolitej" Terlikowski pomstuje na słowa Sławomira Nowaka, szefa sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego, który powiedział po kampanii wyborczej, że "Kościół popełnił duży błąd przekraczając granice zaangażowania politycznego. Żałuję, że niektórym księżom ambona pomyliła się z trybuną polityczną."
Katolicki publicysta doszukuje się jednak w tych słowach drugiego dna, może jakiejś ukrytej groźby, bo pisze: "Po wygranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich politycy jego ugrupowania zabrali się do urządzania Polski na nowo. I w ramach budowania prawdziwej solidarności i zasypywania podziałów przywołali do porządku Kościół". Jak wynika z sugestii Terlikowskiego, Kościół powinien bać się PO. Nie SLD, które jest partią antyklerykalną, popiera in vitro, szerszy dostęp do aborcji, eutanazję, czy związki partnerskie, ale właśnie Platformy, której kilku polityków narzekało, że Kościół zaangażował się politycznie w kampanię Jarosława Kaczyńskiego.
Pisze Tomasz Terlikowski, że Sławomir Nowak zachowuje się według "moralności Kalego" - im wolno spotykać się z jakimś hierarchą kościelnym (przywołuje tu redaktor spotkanie Komorowskiego z kard. Dziwiszem), a innym nie wolno. Szkoda tylko, że jedno spotkanie nie jest równe wielu kazaniom, publikacjom w katolickiej rozgłośni, czy artykułom w katolickiej prasie. O tej dysproporcji redaktor Terlikowski nie raczy jednak wspomnieć, może z tej racji, że jest mu do własnej tezy niewygodna.
Sławomir Nowak, według autora tekstu, narzeka na „niewielką część proboszczów” popierającą publicznie kandydata PiS. Ciekawe, co znaczy dla publicysty słowo "niewiele" i ilu potrzeba agitatorów, żeby móc powiedzieć "wiele". Zastanawiające, czy część Episkopatu Polski również wchodzi w "niewielką część proboszczów". Co najbardziej jednak w tym zdaniu uderza - przecież częstotliwość popełniania złego czynu nie zmniejsza jego wagi moralnej! Kościół nie uczy, że grzech popełniony raz, czy dwa, grzechem nie jest i o tym na pewno katolicki dziennikarz wie.
Oczywiście w tekście w roli złego bohatera próbującego "ograniczyć fundamentalne prawo Kościoła do głoszenia zasad moralnych" znajduje się "Gazeta Wyborcza". Nieważne, że jest wiele mediów ostro potępiających działanie Kościoła (jak choćby "Krytyka Polityczna"). Nieważne również, że naczelny "GW" Adam Michnik już ponad 30 lat temu w swojej bodaj najważniejszej książce "Kościół, Lewica, Dialog" pisał (będąc zdeklarowanym niewierzącym) o tym, jak bardzo Kościół jest Polsce potrzebny. "Wyborcza" według wielu katolickich publicystów z Kościołem walczy i żadne jej zachowanie tego nie zmieni.
Co najważniejsze, w swoim artykule Tomasz Terlikowski pisze: "To my ponosimy bowiem część odpowiedzialności moralnej za decyzje, jakie podejmą wybrani przez nas kandydaci. Ta odpowiedzialność jest zaś szczególna, gdy kandydat zapowiada – i to w trakcie kampanii – że sprzeciwia się nauczaniu Kościoła, i zamierza stanowić prawo z owym nauczaniem sprzeczne.
Tak właśnie zrobił Bronisław Komorowski, który wielokrotnie powtarzał, że zamierza wprowadzić w życie ustawę dopuszczającą zapłodnienie in vitro. Jego partyjna koleżanka, minister zdrowia Ewa Kopacz, sugerowała zaś, że procedura ta (związana z niszczeniem zarodków) będzie finansowana z naszych podatków.
Inną sprzeczną z nauczaniem Kościoła decyzją (bo nawet nie zapowiedzią) było podpisanie przez marszałka Komorowskiego pełniącego obowiązki prezydenta Polski ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jej przyjęcie oznacza – sprzeczne z katolicyzmem [w jaki sposób? Autor nie podaje – red.], ale przede wszystkim groźne dla władzy rodzicielskiej – przekazywanie uprawnień rodziców urzędnikom państwowym…
W takiej sytuacji powstają poważne wątpliwości moralne, czy można było głosować na kandydata, który jawnie i otwarcie kwestionował fundamentalne prawa naturalne i odrzucał nauczanie Kościoła?"
Wniosek jest prosty - skoro Komorowski nie postępuje według nauczania Kościoła, to należałoby zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego, który, co podkreślają katoliccy publicyści, nie odrzucał wprost metody in vitro, odpowiadając "jestem katolikiem". Tomasz Terlikowski na jesieni zeszłego roku podczas jednego ze spotkań akademickiego stowarzyszenia Soli Deo skrytykował Jarosława Kaczyńskiego i klub parlamentarny PiS, że projekt posła Prawa i Sprawiedliwości Bolesława Piechy, który był przeciw stosowaniu metody in vitro, uznano za indywidualny projekt posła Piechy i gremialnie się od niego odcięto. Czy zatem Jarosław Kaczyński zmienił zdanie? Nic na ten temat nie wiadomo.
Co ciekawe, środowiska lewicowe krytykują Bronisława Komorowskiego, który w powyborczym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział, że podpisze ustawę o refundacji in vitro, ale sam nie ma zamiaru składać jej projektu. Zatem z jednej strony prezydent elekt jest krytykowany za wycofywanie się z decyzji, a z drugiej za to, że niby już ją podjął. Z kolei zasłanianie się religią katolicką przez Jarosława Kaczyńskiego skrytykował ks. Dariusz Kowalczyk w przychylnej Kaczyńskiemu gazecie diecezji warszawsko-praskiej "Idziemy".
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej mówi o "wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary". Prezydent RP jako Głowa Państwa wszystkich Polaków zatem nie może dyskryminować jakiejś zbiorowości społecznej z powodu własnych poglądów. Dalej ustawa zasadnicza mówi o równości w "prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski". Nie trzeba tłumaczyć, na czym polega równość wobec prawa.
O władzy i dobru wspólnym mówi również Katechizm Kościoła Katolickiego w punktach 405-408. Jest tam napisane m.in.: "Każda wspólnota ludzka potrzebuje prawowitej władzy, która zapewnia poszanowanie prawa i porządku i przyczynia się do urzeczywistnienia dobra wspólnego (…) Władza jest sprawowana w sposób prawowity tylko wtedy, gdy troszczy się o dobro wspólne i jeśli do jego osiągnięcia używa środków moralnie dozwolonych. I dlatego władza polityczna, określona przez wolną decyzję obywateli, powinna szanować zasadą „państwa praworządnego”, w którym najwyższą władzę ma prawo, a nie samowola ludzi. Niesprawiedliwe prawa i decyzje sprzeczne z porządkiem moralnym nie obowiązują w sumieniu (…) Dobro wspólne obejmuje: poszanowanie i popieranie podstawowych praw osoby ludzkiej; dobrobytu, czyli wzrostu dóbr duchowych i ziemskich poszczególnych ludzi i społeczności".
Pozostaje pytanie, czy do środków moralnie niedozwolonych, o których mowa w podanym tekście, można zaliczyć metodę in vitro, czy o to w tym punkcie chodzi. Patrząc z innej strony, Kościół jest za równością, również za równością wobec prawa. A prawdziwy katolik (jakkolwiek jest to określenie skompromitowane dla niektórych) przecież i tak zastosuje się do nauki Kościoła.
Tomasz Terlikowski jest w swoim tekście tendencyjny, krytykując tylko jednego z dwóch najważniejszych kandydatów w ostatnich wyborach. Obaj nie pogardzili poparciem Kościoła katolickiego, obaj również deklarują się jako wierzący. Redaktor fronda.pl krytykuje "tę część duchownych i hierarchów, którzy wybrali obronę swojego kandydata za cenę jasnego nauczania Kościoła". Zdaniem Terlikowskiego poparcie Komorowskiego jest równoznaczne uciekaniu od nauki Kościoła.
Poglądy Komorowskiego w sprawie in vitro stoją w sprzeczności z nauką Kościoła, tak mówi część ludzi związanych z Kościołem. Wedle ich słów, bądź sugestii, głosujący na obecnego prezydenta elekta, są odpowiedzialni za to, co w przyszłości będzie robił. Jeśli zatem podpisze ustawę o refundacji in vitro, popierający go katolicy będą za to moralnie odpowiedzialni.
Szkoda, że Tomasz Terlikowski i odwołujący się do podobnych argumentów, nie patrzą na całokształt życia politycznego Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Nie wydaje mi się, aby polityka dzielenia, prowadzenie nieustannego sporu politycznego, insynuacje - czy to obarczanie winą za katastrofę smoleńską niepodparte żadnym dowodem, czy to zarzucanie działalności agenturalnej, zwłaszcza działaczom opozycji, były zgodne z miłością bliźniego i życiem w prawdzie, co głosi Kościół.
Zastanawia również brak reakcji na zarzucanie działalności agenturalnej np. znamy hierarchom, co pozostaje bez udowodnienia winy (co ciekawe, zwłaszcza oskarżani są ci, których poglądy zdają się bardziej "otwarte" niż innych, jak np. abp Józef Życiński - oskarżony o bycie TW "Filozofem"). Można by jeszcze wymieniać zachowania polityczne sprzeczne z nauką Kościoła, jakie prezentuje prezes PiS, ale nie o to tutaj chodzi. Przychodzą jedynie na myśl biblijne słowa o dostrzeganiu drzazgi w cudzym oku, a pomijaniu belki we własnym.
Wybierając polityka na dane stanowisko powinno się kierować przede wszystkim dobrem państwa, a więc wszystkich obywateli - "Salus rei publicae suprema lex est" (dobro rzeczy wspólnej jest naszym najwyższym prawem - łac.). Wyborca powinien patrzeć na zakres kompetencji, jakie oferuje dane stanowisko, i do niego dobierać konkretnego kandydata. Czy sprawa podejścia do in vitro powinna decydować o wyborze najważniejszej osoby w państwie? Myślę, że są ważniejsze kwestie, które należy brać pod uwagę. Tak też uczyniła bardzo duża część ludzi, która, zdaniem m.in. Tomasza Terlikowskiego, nie zachowała się jak katolik przy urnie. Nie zgadzam się. Abp Życiński (krytykowany m.in. przez fronda.pl, co sam widziałem) powiedział: - To jest żenująca wizja katolickiego kraju, w którym straszy się, że kilkanaście milionów Polaków chodzi w stanie grzechu ciężkiego, bo oddali głos nie tak, jak ktoś sobie życzył.
Takie również odnoszę wrażenie - nie dla każdej krytyki tego wyboru bardzo dużej części katolików najważniejszą podstawą była nauka Kościoła.
Reklama:
Wypróbuj e-tygodniki - 2 PLN taniej, nie zajmują miejsca, nie niszczą się !
Twój komentarz:
REKLAMA:
Opinie
Dlaczego News Telegraf ?
+ przegląd markowych źródeł (Gazeta Prawna, Rzeczpospolita, Wyborcza...)
+ wybór najważniejszych i najciekawszych tematów
+ dziennik niezależny politycznie
+ weryfikacja informacji
+ monitorowanie błędów i stronniczości
+ tylko przyjazne reklamy (nieutrudniające czytania)
Radziszewska nierzetelnie traktowana
Data dodania: wt., 10/05/2010 - 02:38Kijem w gniazdo pszczół
Data dodania: wt., 09/14/2010 - 19:28Walka o pamięć z pamięcią
Data dodania: pon., 08/30/2010 - 14:12Reklama:


');