Reklama:

Przeceny, wyprzedaże w sklepach

Iron Maiden - The Final Frontier

Po 4 latach z nowym albumem powraca Iron Maiden. Płyta "The Final Frontier" ma być ostatnim już wydawnictwem studyjnym "Żelaznej Dziewicy". Pierwszy singiel - "El Dorado", nie przypadł mi do gustu, więc obawiałem się jak wypadnie całość.

Początek płyty nie rozwiał bynajmniej moich obaw. Przydługie intro do "Satellite 15...The Final Frontier" i dość nijaki wokal Bruce'a Dickinsona nie zwiastowały niczego dobrego. Na szczęście druga część wspomnianego utworu przynosiła już dobrze znaną ironowską galopadę. Na nowo uwierzyłem w tę płytę. Nawet pomimo tego, że drugim kawałkiem jest wspomniane przeze mnie wcześniej "El Dorado", które uważam za jeden z najsłabszych kawałków Iron Maiden w ogóle.

"Mother of Mercy" to już Iron w najlepszym wydaniu. Solidne gitary i mocny wokal sprawiają, że głowa niemal sama zaczyna rytmicznie machać w rytm muzyki. To samo można powiedzieć o dwóch kolejnych utworach - "Coming Home" i "The Alchemist". Ten ostatni uważam za jeden z najlepszych utworów na płycie. Klimatem przywołuje wspomnienia płyty "Dance of Death", która jest jedną z moich ulubionych w całej dyskografii brytyjskiego zespołu.

To, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy jeśli chodzi o kolejne utwory, to ich ponadprzeciętna długość. Najkrótszy z nich ma, bagatela, 7:48 zaś najdłuższy ponad 11 minut.

9 minutowy "Isle of Avalon" rozpoczyna się łagodnym intro, które stylistycznie przywołuje mi na myśl "No More Lies" z płyty "Dance of Death", czy też tytułowy utwór z tejże płyty. Także rozwój kompozycji jest do nich zbliżony. Znajdujemy tu sprawdzony ironowski schemat: łagodny wstęp - ostrzejsze rozwinięcie - łagodne interludium w środku. Niestety, przydługa partia instrumentalna sprawia, że utwór trochę nuży.

Wspomniany przeze mnie schemat idealnie pasuje też do kolejnej kompozycji. "Starblind" to niemal klon "Isle of Avalon". Jednak jest o ponad minutę krótszy, a zaśpiew w refrenie bardzo wpada w ucho, więc jako całość wypada lepiej od swojego poprzednika na płycie.

Trochę za długi, aczkolwiek bardzo klimatyczny, jest spokojny wstęp do "The Talisman". Dynamiczna partia, która po nim następuje, jest z kolei trochę zbyt przewidywalna. Trudno wyzbyć się wrażenia, że te wszystkie patenty już znamy. Wiadomo gdzie można spodziewać się przyspieszenia, gdzie solówki, a gdzie wokalnej "górki" Dickinsona. Dla tych, którzy cenią ciągły rozwój, będzie to wada tej płyty. Dla fanów stylu Iron Maiden - zaleta. Każdy musi rozstrzygnąć sam.

W tym samym klimacie pozostaje "The Man Who Would Be a King"

Ostatni na płycie "When the Wild Wind Blows" trwa aż 11 minut i aspirował do miana następcy "Rime of the Ancient Mariner", słynnej 13-minutowej kompozycji z płyty "Powerslave". Brakuje mu jednak zmian klimatu i tempa, które decydowały o chwytliwości tego utworu. Osobiście zaciekawiła mnie natomiast linia wokalna która nieodparcie przywodzi mi na myśl stary hard rock z lat 70.

Album jest bardzo spójny. Żaden utwór nie odstaje stylistycznie od reszty. Według mnie płyta była pomyślana jako swoisty konglomerat poprzednich dokonań. Odnajdujemy tu i energię przywołującą na myśl lata 80., i przebojowość płyty "Fear of the Dark", i dźwięki przywołujące na myśl "Somewhere in Time". Jednak zdecydowanie najwięcej wspólnego płyta ma, według mnie, ze wspomnianym już wcześniej "Dance of Death". Wyczuwam tu ten sam klimat. To też kolejna płyta, na której Steve Harris - basista i lider zespołu, daje upust swoim fascynacjom kulturą i muzyką celtycką. Słychać to wyraźnie zwłaszcza w początkach utworów. Delikatne wstępy przywodzą na myśl chociażby "Blood Brothers" z płyty "Brave New World".

Płyta nie przynosi rewolucji w stylu gry zespołu. To po prostu kolejny dobry album zespołu, który już niczego nie musi udowadniać. To po prostu kawał dobrej muzyki w dobrym wykonaniu. "The Final Frontier" jest według mnie logiczną kontynuacją stylu obranego na "Brave New World" i systematycznie rozwijanego na kolejnych płytach. Co nie zmienia faktu, że jako całość uważam tę płytę za słabszą od poprzednich. Nie przeskoczyli poprzeczki, którą wysoko sobie postawili. Ale czas spędzony z tą płytą nie jest stracony i z pewnością będę do niej wracał. W skali szkolnej oceniam ją na 4.

Autor: 
Tytus

Twój komentarz:

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.

Więcej informacji na temat formatowania


CAPTCHA
Sprawdzanie wiarygodności (jeśli obrazek nie jest wyświetlony poprawnie, spróbuj otworzyć stronę w innej przeglądarce, albo kliknij prawym przyciskiem myszy i odblokuj).
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.
REKLAMA:

Kultura

Dlaczego News Telegraf ?

+ przegląd markowych źródeł (Gazeta Prawna, Rzeczpospolita, Wyborcza...)

+ wybór najważniejszych i najciekawszych tematów

+ dziennik niezależny politycznie

+ weryfikacja informacji

+ monitorowanie błędów i stronniczości

+ tylko przyjazne reklamy (nieutrudniające czytania)

Więcej >>

Nobel dla Mario Vargasa Llosy

Mario Vargas Llosa. Fot. [dadevoti]

Peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa został dzisiaj uhonorowany przez Szwedzką Akademię. Pisarz od dawna był stawiany w gronie faworytów do nagrody, jednak wyróżnienie było dla niego zaskoczeniem.

Tricky - Mixed Race

Tricky - Mixed Race

Ojciec trip - hopu przemówił, po raz dziewiąty. Bo, kto bardziej zasługuje na to miano, jeśli nie on. To właśnie Adrian Thaws, obok takich grup jak Massive Attack (której był członkiem) i Portishead, jest jednym z najbardziej zasłużonych przedstawicieli gatunku.

Hurts - Happines

Hurts - Happines

Grupa Hurts, czyli cudowne dzieci angielskich mediów, narobiła szumu w całej Europie. Ich twórczość odbiła się również echem na polskiej liście najlepiej sprzedających się płyt zagranicznych.

Reklama: