Reklama:

Przeceny, wyprzedaże w sklepach

Kijem w gniazdo pszczół

Już dwie osoby poniosły śmierć w wyniku zamieszek, jakie wybuchły po ogłoszeniu przez pastora Terry'ego Jonesa spalenia Koranu. Kto jest winien ich śmierci? Jaką rolę w całej tej sprawie odgrywają media i jak ich działania mogą służyć eskalacji nienawiści?

Przed rocznicą 11 września świat obiegła wiadomość, że pastor Terry Jones wraz z grupą wiernych swojego liczącego zaledwie 50 członków kościoła - o regule jako żywo przypominającej sektę - zamierza spalić Koran, świętą księgę islamu.

Wiadomość w lot obeszła cały świat i wywołała, jak to było do przewidzenia, skrajne reakcje ortodoksyjnych i radykalnych środowisk muzułmańskich. Interpol ogłosił alarm w 188 krajach, ugrupowania terrorystyczne groziły krwawym odwetem. W końcu pastor Jones ogłosił, że zawiesza swój zamiar i do spalenia księgi nie dojdzie. Chociaż dotrzymał słowa, jego akcja zainspirowała innych radykalnych przeciwników islamu. Koran spłonął w Nowym Jorku, a w Waszyngtonie został podarty i opluty.

Inicjator całego zamieszania, pastor Terry Jones, przywódca zaściankowej i marginalnej organizacji, stał się na kilka dni jedną z najważniejszych postaci w USA. Osobiście rozmawiał z nim sekretarz stanu, terroryści grozili mu śmiercią. Jego wystąpienia spowodowały masowe demonstracje w krajach arabskich. W Afganistanie dwie osoby zginęły w wyniku zamieszek, podczas których tłum ruszył na próbujących opanować sytuację żołnierzy, a ci otworzyli ogień. Manifestacja zamieniła się w emanację nienawiści do USA.

Jestem w stanie zrozumieć gniew wiernych, którzy dowiedzieli się, że ktoś nawołuje do niszczenia ich świętej księgi, ale nie rozumiem i nigdy nie zaakceptuję nakręcania spirali nienawiści, którą w tym przypadku mocniej rozkręciły także środowiska islamskie.

Jak to możliwe, że jeden człowiek wraz z grupką wyznawców doprowadził do tak kryzysowej sytuacji? Przeanalizujmy pewien scenariusz. Terry Jones ogłasza swój zamiar i zostaje zignorowany przez środki przekazu. Pali Koran wraz z członkami swojego kościoła. Na tym sprawa najprawdopodobniej by się zakończyła. Nikt poza wąskim gronem wyznawców lub też ludzi z okolicy nie dowiedziałby się o incydencie i najpewniej szybko poszedłby on w niepamięć.

Stało się jednak inaczej. W obliczu narastającego konfliktu o meczet w Ground Zero, wszelkie akcje grup islamskich oraz antyislamskich stają się pożywką dla mediów. Wypowiedzi niszowego i nieznanego człowieka zostały rozdmuchane przez środki przekazu do niebotycznych rozmiarów. Było to zapewne działanie obliczone na wywołanie sensacji w myśl starej brytyjskiej zasady, że „dobra wiadomość to żadna wiadomość”.

W tym przypadku media wykreowały iluzoryczny obraz wojujących przeciwników islamu w USA, a ich obecność w telewizji, radiu, internecie i gazetach pozwalała uwierzyć, że ruch, który zajmuje taką uwagę całego kraju, jest w istocie potężny i wpływowy. Co z miejsca wywołało reakcję radykalnych grup islamskich, czego przecież można było się spodziewać.

Wrzawa medialna przypomina mi zabawę małego chłopca, który wkłada kij w gniazdo pszczół, a potem dziwi się, że one chcą go użądlić.

Należy też zadać sobie kluczowe pytanie: na ile niebezpieczny może być radykalizm jednostki otoczonej małą grupą wiernych popleczników? Wystarczy przypomnieć sobie kilka przypadków z historii, aby zrozumieć, że takich osób nie wolno ignorować.

Shoko Asahara zaczynał jako samotny kaznodzieja, grupa jego wyznawców rosła szybko, a w 1995 przeprowadziła najokrutniejszy atak terrorystyczny w nowożytnej historii Japonii. David Koresh, który ogłosił się mesjaszem, stał na czele ruchu o nazwie Gałąź Dawidowa, który dopuszczał się przestępstw seksualnych i gromadził duże ilości broni. W końcu zabarykadował się na farmie w Teksasie, a podczas trwającego 51 dni oblężenia posiadłości przez służby specjalne zginęło łącznie 80 osób. Charles Manson, przywódca bazującego na wypaczonych wartościach hippisowskich ruchu „Rodzina”, odpowiada za słynne morderstwo w Hollywood. To z rąk jego wyznawców zginęła m.in. żona Romana Polańskiego Sharon Tate.

Nie znaczy to, że wszyscy radykalni przywódcy staną się zagrożeniem dla życia wielu osób, ale każdy z nich może się nim stać. Tym bardziej media nie mogą być megafonem, przez który będą oni rozgłaszać swoje poglądy i być może pozyskiwać coraz to nowych wiernych. Nie można ich lekceważyć, ale infiltrowanie i obserwacja powinny się odbywać pod okiem odpowiednich służb, a nie na ekranach telewizorów milionów ludzi.

Działania sekty Jonesa już przyniosły pierwsze ofiary śmiertelne, ale zaryzykuję stwierdzenie, że w większym stopniu przyczyniła się do tego aktywność mediów, które to owe wypowiedzi i działania upowszechniły.

Pogoń za sensacją stała się w tym przypadku przyczyną tragedii.

Autor: 
Tytus

Twój komentarz:

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.

Więcej informacji na temat formatowania


CAPTCHA
Sprawdzanie wiarygodności (jeśli obrazek nie jest wyświetlony poprawnie, spróbuj otworzyć stronę w innej przeglądarce, albo kliknij prawym przyciskiem myszy i odblokuj).
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.
REKLAMA:

Opinie

Dlaczego News Telegraf ?

+ przegląd markowych źródeł (Gazeta Prawna, Rzeczpospolita, Wyborcza...)

+ wybór najważniejszych i najciekawszych tematów

+ dziennik niezależny politycznie

+ weryfikacja informacji

+ monitorowanie błędów i stronniczości

+ tylko przyjazne reklamy (nieutrudniające czytania)

Więcej >>

Radziszewska nierzetelnie traktowana

Flaga tęczowa

Wypowiedź Elżbiety Radziszewskiej ujawniająca orientację seksualną współuczestnika programu w TVN oraz wydarzenia, które owa wypowiedź za sobą pociągnęła, przysłoniły sam początek zamieszania wokół pani minister. Zamieszania obfitującego w medialne nieścisłości.

Walka o pamięć z pamięcią

Zginął prezydent Polski, Lech Kaczyński.

"Nie ma lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli" - to słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego sprzed ponad 80 lat. Jakże jednak są aktualne dla dzisiejszej sytuacji i jakże jest to przykre.

Jak Polska zachłysnęła się reklamą

Fot. Logofag

Reklamy komercyjne stawiały w Polsce pierwsze kroki po uwolnieniu rynku w 1989 roku. Choć początkowo nieśmiało angażowały naszą uwagę, dzisiaj to one dyktują warunki.

Reklama: