Reklama:

Przeceny, wyprzedaże w sklepach

Trzydzieste urodziny Turbo

W sobotę swoje trzydzieste urodziny świętowała nieco już zapomniana polska grupa - Turbo. Poza jubilatami wystąpili także zaproszeni goście. Imprezę można określić jako udaną, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Dotarłem do klubu Progresja z pewnym opóźnieniem, a jako że dwa z sześciu zespołów nie dojechały na czas, przegapiłem pół występu pierwszego wykonawcy - byłego wokalisty Judas Priest i Iced Earth - Tima Owensa. Pomimo rockowego czadu i energii, jaka płynęła ze sceny, występ oceniam słabo, głównie przez wzgląd na repertuar. Sytuacja, w której wokalista sięga po repertuar zespołu, w którym niegdyś śpiewał, jest zrozumiała, o ile partycypował przy tworzeniu tego materiału. Inaczej sytuacja ma się jednak, gdy wokalista wykonuje szlagiery, które powstały lata przed jego dołączeniem do zespołu. Każdy fan Judas Priest zgodzi się ze mną, że Owens wykonujący "Electric Eye" bądź "Living After Midnight" to duża przesada. Właśnie przez to żerowanie na sławie zespołu, w którym przez kilka lat śpiewał, całość oceniam źle. Moim zdaniem pora się usamodzielnić i przestać podpierać przeszłością.

Jubilaci wystąpili jako przedostatni zespół wieczoru. Bardzo liczyłem na to, iż wcześniejsze zapewnienia, że każda z płyt zespołu doczeka się swojej reprezentacji w setliście, nie okażą się obietnicą bez pokrycia. Na szczęście się nie rozczarowałem!
Turbo zaczęli od materiału z nowej płyty - przebojowe "Na Progu Życia" oraz "Niebezpieczny Taniec" odśpiewane przez zgromadzoną licznie pod sceną publiczność pokazują, że nowy materiał szybko zyskał status koncertowych szlagierów.
Szybko zorientowałem się, że obrali drogę 'od nowości do staroci' - następne utwory pochodziły z wydanej pięć lat temu płyty "Tożsamość". Liczyłem na to, że usłyszę "Legendę Thora", ale "Paranoja" i "Otwarte Drzwi do Miasta" także mnie zadowoliły.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. To mój trzeci koncert Turbo w życiu, i po raz trzeci muzycy przegrali z nagłośnieniem. Nie wiem, czy to kwestia sprzętu, czy nieudolności akustyka, ale sytuacja w której albo nie słychać gitary prowadzącej, albo instrumenty nawzajem się zagłuszają, albo słychać nieznośne sprzężenia, jest niedopuszczalna. Jubilaci zabrzmieli tego wieczoru najsłabiej ze wszystkich.

Z niedocenianej przez niektórych płyty "Awatar" muzycy wybrali dwa utwory - moje ulubione! Mogłem zedrzeć gardło odśpiewując z wokalistą utwór tytułowy oraz pierwszy na płycie, metalowy czad - "Armia". Pod sceną szaleństwo, a zespół coraz bardziej nabierał skrzydeł.
Po chwili pojawiły się dwa utwory po angielsku z najmniej popularnych, a zarazem najostrzejszych, bo wręcz death metalowych płyt zespołu. O ile utwór "Enola Gay" jest mi znany, to nie udało mi się rozszyfrować drugiego z utworów - duże zaskoczenie. Co niektórzy jednak zareagowali na te kawałki nieomal ekstatycznie, widać i ten etap twórczości zespołu ma swoich oddanych fanów.
"Epidemie" oraz "Ostatni Wojownik" to jedne z moich ulubionych płyt Turbo, więc żałowałem, że odegrano z nich jedynie po jednym utworze - "Salvator Mundi" z pierwszej oraz "Miecz Beruda" z drugiej.

Pora na kolejną dygresję. Coraz lepiej sprawdza się najnowszy nabytek Turbo - nowy wokalista, od zaledwie trzech lat w zespole, godnie zastępuje Grzegorza Kupczyka. Niestety, niektórzy fani nie mogą się do dziś pogodzić z odejściem starego wokalisty i raz po raz wznosili okrzyki - "Nie ma Turbo bez Kupczyka!". Ostra reakcja lidera zespołu, Wojciecha Hoffmanna, uciszyła krzykaczy i koncert odbył się dalej w przyjemnej atmosferze.

Od samego początku fani pod sceną dopominali się o utwory z najsłynniejszej płyty Turbo - "Kawalerii Szatana". Zespół zagrał obie części utworu tytułowego, po czym przeszedł do kolejnego albumu. Nadeszła pora na pierwszą tego dnia balladę. "Jaki był ten dzień" wprowadził nieco spokojniejszą atmosferę. Do tego stopnia rozleniwił publikę, że do końca koncertu dało się odczuć wyraźnie mniej energii spod sceny. Emocje wróciły dopiero na bis, czyli legendarne "Dorosłe Dzieci" odśpiewane chóralnie przez cały klub. Piękne zakończenie udanego koncertu.

Niemiecki Primal Fear wystąpił tego wieczoru na prawach gwiazdy. Trochę zabolało mnie, że marketingowa pozycja tego, świetnego skądinąd, zespołu skłoniła organizatorów do tego, aby zagrali na finał, po Turbo. W końcu to nasi weterani świętowali urodziny...

Względy logistyczne pozwoliły mi cieszyć się muzyką Niemców jedynie godzinę. Wyszedłem jednak usatysfakcjonowany. Doczekałem się kawałków z mojej ulubionej płyty "Seven Seals" - "Rollercoaster" oraz "Seven Seeals". Reszta setu także była energiczna. Wyróżniały się utwory z nowej płyty, zwłaszcza przebojowy "Six Times Dead (16.6)".

Podsumowując, warto było udać się tego wieczora do Progresji, aby uczestniczyć w tym koncercie. Powtórzę też apel wokalisty - druga część urodzin Turbo już w grudniu w Poznaniu. Tego nie powinniście przegapić!

Autor: 
Tytus

Twój komentarz:

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.

Więcej informacji na temat formatowania


CAPTCHA
Sprawdzanie wiarygodności (jeśli obrazek nie jest wyświetlony poprawnie, spróbuj otworzyć stronę w innej przeglądarce, albo kliknij prawym przyciskiem myszy i odblokuj).
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.
REKLAMA:

Kultura

Dlaczego News Telegraf ?

+ przegląd markowych źródeł (Gazeta Prawna, Rzeczpospolita, Wyborcza...)

+ wybór najważniejszych i najciekawszych tematów

+ dziennik niezależny politycznie

+ weryfikacja informacji

+ monitorowanie błędów i stronniczości

+ tylko przyjazne reklamy (nieutrudniające czytania)

Więcej >>

Nobel dla Mario Vargasa Llosy

Mario Vargas Llosa. Fot. [dadevoti]

Peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa został dzisiaj uhonorowany przez Szwedzką Akademię. Pisarz od dawna był stawiany w gronie faworytów do nagrody, jednak wyróżnienie było dla niego zaskoczeniem.

Tricky - Mixed Race

Tricky - Mixed Race

Ojciec trip - hopu przemówił, po raz dziewiąty. Bo, kto bardziej zasługuje na to miano, jeśli nie on. To właśnie Adrian Thaws, obok takich grup jak Massive Attack (której był członkiem) i Portishead, jest jednym z najbardziej zasłużonych przedstawicieli gatunku.

Hurts - Happines

Hurts - Happines

Grupa Hurts, czyli cudowne dzieci angielskich mediów, narobiła szumu w całej Europie. Ich twórczość odbiła się również echem na polskiej liście najlepiej sprzedających się płyt zagranicznych.

Reklama: